Błąd medyczny po operacji – niedotlenienie mózgu
Wygrana kwota: 1 600000 zł
w tym:
1 000 000 zł zadośćuczynienia
147 786,62 zł odszkodowania
436 239,14 zł skapitalizowanej renty
+ 14 000 zł/mies. renty bezterminowo
+ 244,69 zł/mies. renty wyrównawczej
+ zwrot kosztów postępowania
+ odsetki ustawowe
Dokumentacja medyczna jest jednym z najważniejszych dowodów w sprawach dot. błędów medycznych. Pokazuje, co personel medyczny obserwował i jakie decyzje podejmował w danym momencie. Pozwala biegłym i sądowi odtworzyć przebieg zdarzeń oraz ocenić, czy postępowanie było zgodne z aktualną wiedzą medyczną. Późniejsze wyjaśnienia personelu są zawsze konfrontowane z tym, co zostało zapisane w dokumentacji bezpośrednio po zdarzeniu.
Historia pacjenta
29 października 2007 r. 30-letni wokalista zespołu metalowego, wracając z trasy koncertowej, uległ poważnemu wypadkowi drogowemu. Po przetransportowaniu do krakowskiego szpitala był przytomny, pozostawał w logicznym kontakcie z otoczeniem, rozmawiał z rodziną i personelem medycznym oraz samodzielnie poruszał się po oddziale.
15 listopada 2007 r. przeszedł planowany zabieg plastykę podstawy przedniego dołu czaszki i rekonstrukcję zatok czołowych. Operacja przebiegła pomyślnie. Pacjent po wybudzeniu otwierał oczy i wykonywał proste polecenia.
Wydawało się, że najtrudniejsze chwile ma już za sobą. Niestety, w nocy z 16 na 17 listopada na sali pooperacyjnej u pacjenta doszło do zatrzymania oddechu i krążenia.
Co się wydarzyło – ustalenia biegłych
Biegli z zakresu medycyny sądowej ustalili 4 zawinione zaniedbania personelu medycznego:
- Nieoptymalne zabezpieczenie dróg oddechowych
Po operacji, w której uczestniczył chirurg szczękowy, zmieniono sposób zabezpieczenia dróg oddechowych na intubację przez dno jamy ustnej. Taka metoda jest dopuszczalna w prostych przypadkach – ale nie w przypadku poszkodowanego, który miał rozległe, wieloodłamowe urazy twarzoczaszki, liczne krwawienia kostne i wcześniejszą infekcję dróg oddechowych.
Optymalna decyzja w tej sytuacji to tracheotomia – zabieg umożliwiający szybką wymianę rurki w razie zatkania.
Biegli ocenili: nie można powiedzieć, że intubacja przez dno jamy ustnej była działaniem sprzecznym z wiedzą medyczną, ale w tym konkretnym przypadku zdecydowanie nie była działaniem optymalnym. - Nieszczelny mankiet rurki intubacyjnej
Mankiet uszczelniający rurkę był nieszczelny. Według biegłych umożliwiało to przedostawanie się krwi i wydzieliny do dróg oddechowych, gdzie stopniowo tworzyły się skrzepy utrudniające oddychanie. Problem narastał powoli, dlatego alarmy respiratora pojawiły się dopiero wtedy, gdy niedotlenienie było już znaczne. - Brak monitorowania saturacji
Dokumentacja medyczna nie zawierała żadnej adnotacji o podłączeniu chorego do pulsoksymetru – urządzenia, które sygnałem dźwiękowym informuje o spadku utlenowania krwi, zanim dojdzie do zatrzymania krążenia. Podłączony pulsoksymetr wychwytuje problem na wczesnym etapie – gdy jest to jeszcze nieprawidłowość, a nie stan zagrożenia życia. Personel miałby czas zareagować, udrożnić rurkę i zapobiec katastrofie. Tego urządzenia nie było. - Opóźniona reakcja
Kiedy pielęgniarki nocnego dyżuru zauważyły nieprawidłowości, zareagowały – ale za późno. Dodatkowo sposób umocowania rurki intubacyjnej przez dno jamy ustnej sprawił, że przywrócenie drożności dróg oddechowych było ekstremalnie trudne. Akcja resuscytacyjna trwała ok. 15 min. To wystarczyło, by mózg poszkodowanego doznał rozległego, nieodwracalnego uszkodzenia.
Skutki, rehabilitacja i koszty leczenia
Po zatrzymaniu oddechu i krążenia oraz przeprowadzonej resuscytacji pacjent nie odzyskał sprawności. Przez kolejne tygodnie przebywał na oddziale intensywnej terapii, następnie na oddziałach neurologii i rehabilitacji. Był przytomny, ale nie nawiązywał kontaktu wzrokowego, nie poruszał kończynami i był karmiony przez sondę.
24 kwietnia 2008 r., czyli 5 miesięcy po wypadku, mężczyzna opuścił szpital. Od tego czasu wymaga całodobowej opieki. Przez kolejne lata rodzina organizowała intensywną rehabilitację:
- codziennie 3 godziny ćwiczeń
- logopeda 4 razy w tygodniu
- neurologopeda 2 razy w miesiącu
- prywatna opieka pielęgniarska 24h
- regularne turnusy rehabilitacyjne w specjalistycznych ośrodkach
- zakup specjalistycznego sprzętu: łóżko ortopedyczne, pionizator elektryczny, materac przeciwodleżynowy, wózek inwalidzki z podparciem głowy, winda zewnętrzna przy domu.
Łączny koszt leczenia, rehabilitacji i opieki wynosił ok. 14 000 zł miesięcznie.
Matka mężczyzny zrezygnowała z pracy zawodowej, aby opiekować się synem. Ojciec finansował leczenie z dochodów własnej firmy. W opiekę angażowali się również siostra, przyjaciele oraz dawni członkowie zespołu muzycznego, organizując koncerty charytatywne na rzecz dalszej rehabilitacji.
Aktualny stan poszkodowanego
Poszkodowany cierpi na porażenie czterokończynowe spastyczne oraz głęboki zespół psychoorganiczny z otępieniem pourazowym. Jest karmiony przez gastrostomię, nie mówi, nie porusza się samodzielnie, nie kontroluje zwieraczy i wymaga całodobowej opieki. Kontakt z otoczeniem ogranicza się do sporadycznego kontaktu wzrokowego.
Posiada orzeczenie o znacznym stopniu niepełnosprawności oraz całkowitej niezdolności do pracy i samodzielnej egzystencji.
Biegli ocenili, że skutki uszkodzenia mózgu mają charakter trwały. Powrót do sprawności sprzed zdarzenia nie jest możliwy, a szanse na odzyskanie mowy i samodzielnego poruszania się określili jako iluzoryczne.
Sprawa w sądzie
Sprawa była rozpoznawana przez wiele lat. Szpital konsekwentnie kwestionował swoją odpowiedzialność, twierdząc, że przyczyną zatrzymania krążenia był stan neurologiczny pacjenta po wypadku, a nie zaniedbania i błędy po stronie personelu. W toku procesu szpital kwestionował opinie biegłych i wnosił o powołanie kolejnych specjalistów.
Sąd powołał zespół biegłych z Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej. Opinia była wielokrotnie uzupełniana. Biegli przy każdej okazji wnioski podtrzymywali. Stwierdzili, że przy optymalnym zabezpieczeniu poszkodowanego – tracheotomii, szczelności mankietu rurki, podłączenia pulsoksymetru i wnikliwej obserwacji klinicznej – istniało duże prawdopodobieństwo uniknięcia niekorzystnego wpływu na stan neurologiczny pacjenta.
Biegły z zakresu rehabilitacji potwierdził również, że rehabilitacja finansowana przez NFZ nie zapewniała poszkodowanemu leczenia w zakresie niezbędnym dla jego stanu, dlatego konieczne było korzystanie z rehabilitacji komercyjnej.
Sąd Okręgowy w Krakowie zasądził 800 000 zł zadośćuczynienia. Obie strony złożyły apelacje. Sąd Apelacyjny w Krakowie wyrokiem z 12 lipca 2017 r. (sygn. I ACa 179/17) podwyższył zadośćuczynienie do 1 000 000 zł.
Wyrok: odpowiedzialność szpitala
Sąd Apelacyjny uznał odpowiedzialność szpitala i jego ubezpieczyciela, zasądzając na rzecz poszkodowanego:
- 1 000 000 zł zadośćuczynienia wraz z odsetkami
- 147 786,62 zł odszkodowania za koszty leczenia i rehabilitacji
- 436 239,14 zł skapitalizowanej renty za okres od stycznia 2008 r. do czerwca 2010 r.
- 14 000 zł miesięcznie renty z tytułu zwiększonych potrzeb, przyznanej bezterminowo
- 244,69 zł miesięcznie renty wyrównawczej z tytułu utraty zdolności do pracy
- zwrot kosztów postępowania.
Odpowiedzialność ubezpieczyciela została ograniczona do wysokości sumy gwarancyjnej wynoszącej 1 500 000 zł.
Sąd Apelacyjny uznał, że zadośćuczynienie w wysokości 1 000 000 zł jest adekwatne do rozmiaru doznanej krzywdy. W uzasadnieniu podkreślił, że trudno wyobrazić sobie większą krzywdę niż ta, której doznał poszkodowany.
W chwili wypadku mężczyzna miał 30 lat, narzeczoną, rozwijającą się karierę muzyczną oraz aktywne życie zawodowe i towarzyskie. Trafił do szpitala z realną szansą na powrót do zdrowia. Jak ustalił sąd na podstawie opinii biegłych, następstwa błędów popełnionych podczas leczenia pozbawiły go tej szansy i doprowadziły do trwałej, całkowitej niepełnosprawności.
Opis sprawy opracowano na podstawie wyroku Sądu Apelacyjnego w Krakowie, I Wydział Cywilny, z dnia 12 lipca 2017 r., sygn. akt I ACa 179/17, zmieniającego wyrok Sądu Okręgowego w Krakowie z dnia 25 października 2016 r., sygn. akt I C 862/10.